Currently reading

Mrs. Dalloway
Virginia Woolf, Maureen Howard
David Copperfield
Charles Dickens, Jeremy Tambling

Dalej, panie Somnambulmeister, zaczynamy święto opowieści

Wiele demonów - Jerzy Pilch

Lata 50. Małe luterańskie miasteczko gdzieś na Ziemi Cieszyńskiej. Trochę zapomniane przez Boga, na pewno nie zapomniane przez Szatana. Mieszkańcy zmagający się z codziennością – a to drwa trzeba narąbać, a to siano zebrać, pójść do kościoła kazania wysłuchać albo na targ po kaszę i garść nowin. Jest pastor z pastorową, jest lekarz, komendant, listonosz-miejscowy-jasnowidz, parę bab, grupa chłopaków.

 

A to wszystko lepkie od smrodliwej, piekielnej smoły, którą szatani zostawiają po sobie, przemierzając siglańską ziemię wzdłuż i wszerz.

 

 

 

 

 

 

 

Ta książka jest jak fotografia zrobiona życiu tylko na pewnym wycinku, który jednak nie został wybrany ze względu na jakieś szczególne cechy. Demony siedzące ludziom pod czaszką są bowiem własnością uniwersalną życia, nie trzeba do tego specjalnego świata przedstawionego. Fabuła nie jest linearna. W wywiadzie z Jerzym Pilchem dla Programu Pierwszego Polskiego Radia reporterka kładła nacisk na to, że książka jest kryminałem bez zakończenia. Jasne, wątek „kryminalny” jest – tajemnicze zaginięcie młodszej z córek Pastora, nigdy do końca nie wyjaśnione, które w oczywisty sposób poruszyło całe miasteczko. Nie uznałabym tego jednak za główny wątek, choć niewątpliwie ta sprawa snuje się w tle jak smuga papierosowego dymu. Każdy rozdział jest zamkniętą częścią, snop światła pada na kolejnych mieszkańców Sigły, oświetlając skrawek ich życia i ich osobiste rozdarcia, wytarcia, wyrwy i skaliste urwiska. Chronologia jest tutaj całkowicie zaburzona. I do niczego się nie przydaje.

 

*

 

Myślę, że książka jest o życiu. O życiu przesiąkniętym tragizmem, egzystencjalnym bólem, o życiu jako wiecznej męczarni, przesyconej typowo purytańsko-luterańską obecnością Boga i atawistyczno-luterańskim paraliżującym lękiem przed Szatanem. Pilch wkłada w głowy poszczególnych bohaterów kawalkadę szatanizmów, belzebubów, a nadto codzienna psychomachia wywołuje lęki, nienawiść, gorycz, żal podniesione do potęgi ze trzydzieści razy. Człowiek rodzi się w męczarniach, żyje w męczarniach i w męczarniach kona.

 

W tej książce wszystko jest bardziej. Pilch porywa potokiem słów, bogactwem języka, rozbuchaną i rozchełstaną opowieścią, wpadamy w wir podświadomości bohaterów, którzy na zewnątrz relatywnie opanowani, w środku rzężą, wiją się, raz gorączkują się do czerwoności by po milisekundzie wstąpiła na nich trupia bladość zroszona lodowatym potem.

 

- Poproszę w takim razie kawałeczek kiełbasy. - Bardzo dobrze... To rozumiem, zaraz ci zrobię z chlebusiem... - Nie chcę chleba... - I z masełkiem... - rozpędzona matka nie była w stanie wyhamować przy chlebusiu. - Jak to? Samą kiełbasę? Samą kiełbasę bez chleba będziesz żarł? – Z wolna podnosiła głos, młody definitywnie, pospiesznie i na wszystkich liniach kapitulował: - Dobrze, poproszę kromkę z kiełbasą. – Bez masła! Może mi powiesz – matka darła się wniebogłosy – że bez masła!

Potem jakby nagle przebita niewidzialnym i nie wiadomo przez kogo ciśniętym oszczepem cichła i wiotczała, i zbliżała się jakimiś rozpaczliwymi rzutami ledwo trzymających się na nogach ciała. – Wiesz, że bez masła się ślepnie? Chcesz być ślepy? Dlaczego mnie zabijasz? Dlaczego mordujesz mnie i ojca? Dlaczego nie chcesz jeść jak człowiek?

 

A chodziło tylko o ukrojenie kromki chleba na krajalnicy.

 

Emfatyczność cierpienia rozsadza, przenika każdą cząstkę powietrza, wypełnia każdy dzień.

 

*

 

Biesy Dostojewskiego czytałam już jakiś czas temu, więc wolę unikać porównań, ale tutaj, Sigła jest miejscem, w którym Szatan ma szczególne upodobanie. W jarmarczno-luterańskiej wrażliwości cuchnący gównem ogon i czarne od smoły kopyta obecne są absolutnie wszędzie, diabeł pali w piecu u pastorostwa na farze, wszetecznice babilońskie tańczą u Rotha na stole, diabli biorą starkę Zuzannę w sensie ścisłym, gdy ta znika na parę godzin nie wiadomo po co i dlaczego, a po odnalezieniu wygląda co najmniej tak, jakby chciała się zabić. Z jednej strony wzmaga to tragizm, z drugiej jest polem do popisu typowego dla Pilcha, wisielczego humoru

 

Niezwykle poruszające jest, gdy w trakcie czytania uświadamiamy sobie, że w umysłach tych bądź co bądź prostych, przejętych codziennością ludzi nieustannie tkwi myśl o samobójstwie. Staje się ono zwieńczeniem owego wielopiętrowego egzystencjalnego bólu; choć obecne ciągle, to nigdy nie powszednieje.

 

Jak na swoją objętość książka może nie jest kopalnią złotych myśli, ale całkiem pokaźnym źródełkiem z pewnością (Miłość jest wtedy, gdy jest ci przykro na myśl o jego smutku po twojej śmierci).

 

 

*

 

Wydaje mi się, że nie jest to książka, w której taplamy się na dnie egzystencji tak jak w przypadku Pod Mocnym Aniołem. Pozostaje jednak upiorną karuzelą, na której w dwójnasób odczuwamy fakt, jaką schizofreniczną utarczką potrafi być życie, jak bardzo męcząca potrafi być walka ze swoją podświadomością, swoimi demonami i ludźmi wokół – do tego stopnia, że w końcu ucinamy sznur na bieliznę i biegniemy do lasu powiesić się na najbliższym drzewie. Lektura wciąż dostarcza ciekawych doznań, a sam Pilch zachwyca swoją inteligencją i przenikliwością.