Currently reading

Mrs. Dalloway
Virginia Woolf, Maureen Howard
David Copperfield
Charles Dickens, Jeremy Tambling

Break the silence!

Oh Gooood, I haven't been here for ages, give me a while to update everything, I promise I'll be back!

Serca alkoholowe

Pod mocnym aniołem - Pilch Jerzy

Kochani,

 

W najnowszym numerze tygodnika "Kultura Liberalna" pojawił się napisany przeze mnie tekst o najnowszym filmie Wojtka Smarzowskiego! Bardzo silnie wiąże się on oczywiście z prozą Jerzego Pilcha, dlatego pozwolę sobie zachęcić Was do przeczytania i podzielenia się refleksjami.

 

http://kulturaliberalna.pl/serca-alkoholowe-mocnym-aniolem-wojciecha-smarzowskiego/

 

Oto fragment:
 
Zarówno w przypadku specyficznej prozy Jerzego Pilcha, jak i filmowych realizacji Wojciecha Smarzowskiego mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem. Pochwała kunsztu idzie w parze z zarzutami pustej grafomanii. A laudacja nowatorstwa i odwagi – z opiniami o sadystycznej błazenadzie.
 

Możemy się zachwycać, możemy odwracać ze wstrętem głowy, w ostatecznym rozrachunku możemy się szczerze i fundamentalnie nie zrozumieć. Dla jednych adaptacja „Pod Mocnym Aniołem” będzie wyłącznie „anatomicznym studium przypadku” – i na tym namysł się skończy. Dla innych zaś stanowić będzie fascynującą próbą przełożenia na język filmu czegoś, co w swym balansowaniu między rzeczywistością, imaginacją i podświadomością wydaje się niemal nieprzekładalne (...)

 

 

Kameralna tragedia o tym, jak wyszedłem po papierosy i ubrałem dwa różne buty.

Dziennik - Pilch Jerzy

Dziennik Pilcha, po którym można by spodziewać się tuzinów krągłych, cioranowskich sentencji o egzystencjalnym bólu i lęku, zaspokaja owo oczekiwanie w stopniu zaledwie umiarkowanym (ale gdy już się pojawiają – o matko, jakżeż są soczyste). Dużo miejsca zajmują za to rozważania o ewangelikach i ich miejscu w arcykatolickiej Polsce, sporo – co uważam za szczególnie wartościowe – wypisy z bieżących lektur, myśli o pisarzach i literaturze, komentarze do artykułów prasowych. Mimo odżegnywania się od polityki – jest też nieco o szczególnie ważnych wydarzeniach, które miały miejsce między 21 grudnia 2009 roku a 21 listopada 2011 roku. Dla kogoś, kto jego książek nie czytuje namiętnie, wszystko to brzmi dość sucho i nudnie, ale wystarczy powiedzieć, że język Pilcha niewiele różni się od tego, który stosuje w prozie – i uważam to za wystarczającą rekomendację. Gorzka ironia i wisielczy humor jako komentarz do naszej rzeczywistości wydają się być wielokrotnie lepsze, niż głęboka i poważna analiza. A ilość autocytatów jest wprost urocza (Swoich książek nie czytam i nie pamiętam, co gdzie napisałem), co dla miłośników Pilchowej prozy będzie niezwykle miłym akcentem. I dzięki temu, nawet obszerne fragmenty poświęcone piłce nożnej czyta się wspaniale.

 

 

Oczywiście nadal istnieje kilka pytań, na które wciąż nie ma wiarygodnego responsu, obawiam się jednak, Panie Boże, że jest to tylko kwestia czasu; pokolenie młodych wilczków, co zagadkę bytu rozgryzie, już przybywa z kosmosu, już wyłazi z brzuchów swych nieszczęsnych matek, niektórzy może już chodzą do zerówek; strach, owszem, człowieka oblatuje, strach tym większy, że (źle powiedziałem) oni nie tyle zagadkę rozgryzą, oni podejmą decyzję, że ją rozgryźli, a tego rodzaju przypadki są zawsze tysiąc razy groźniejsze. Na razie jednak bez histerii, na razie jaki taki spokój, na razie ChIWD.

 

Nazi żydo-gotyk Igora Ostachowicza

Noc żywych Żydów - Ostachowicz Igor

Książka jest dziwna (na poziomie narracji), absurdalna (na poziomie konceptów), po jej przeczytaniu w głowie kołacze się pytanie: o co w ogóle chodzi i po co on to napisał? Tuż po zakończeniu lektury „Nocy żywych Żydów” możemy być nieco skonfundowani, a nawet zniesmaczeni.

 

Jednak dopiero po wywleczeniu na światło dzienne kilku tropów interpretacyjnych powieść prawdziwie zyskuje na wartości.

 

 

Dlaczego właśnie Żydzi stają się zombie?

 

Pierwszym pytaniem, jakie nasuwa się przy okazji lektury, jest czy i w jaki sposób „Noc żywych Żydów” wpisuje się w wieloletnią debatę i próbę rozliczenia się Polaków z własną historią i polsko-żydowskimi stosunkami. W powieści współcześni warszawiacy – będący zaledwie ruchomym tłem wydarzeń – po raz kolejny uświadamiają sobie, że de facto żyją na jednym wielkim cmentarzu, i to cmentarzu specyficznej dla naszej historii grupy ludzi. Jednak wyraźniej uwaga zwrócona jest tutaj na fakt tabuizacji i wyparcia pewnych kwestii z polskiej pamięci zbiorowej. Dlaczego niektórzy Żydzi stają się zombie? Ponieważ są to ci, którzy z jakichś powodów nie spełniają warunków, by wejść do nieba – ze względu na tkwiącą w nich nienawiść, potrzebę dokonania zemsty i, przede wszystkim, ponieważ nikt, żaden krewny, czy przyjaciel, w należyty sposób nie pochylił się nad ich śmiercią, nie odmówił modlitwy, nie pochował szczątków. Nikt - ponieważ wszyscy tak samo zginęli. A dlaczego wśród zombie nie ma Polaków?

Polacy są napasieni zniczami, kwiatami, modlitwami, wspominkami. Jeśli nawet komuś mało, bo go coś dręczy, to i tak chce się uciekać z cmentarza jak najdalej od tych wszystkich apeli poległych, uroczystych mszy, przemówień, akademii, salw armatnich. Jak szukasz katolików, to wielu ich tu nie znajdziesz

Tak komfortowo czujemy się z pamięcią dotyczącą własnego narodu – palimy znicze! wywieszamy flagi! chodzimy na msze! – i zapominamy o innych nacjach, które stanowiły istotny element naszego społeczeństwa. Ktoś mógłby powiedzieć – przecież mamy już Muzeum Historii Żydów Polskich. Jasne. Okazuje się jednak, że nie tego potrzebują Żydzi. Pojawia się bowiem pytanie:

 

 

Dlaczego zombie chcą spędzać czas w centrum handlowym Arkadia?

 

Jednym z najbardziej groteskowo-abstrakcyjnych elementów powieści jest znaczenie i miejsce, jakie autor przypisuje temu największemu warszawskiemu centrum handlowemu.

 

Jedna z zombie-bohaterek, nastoletnia Rachela (która zdecydowanie woli, kiedy nazywa się ją Rejczel), nie może zostać zbawiona, dopóki na jej twarzy nie pojawi się uśmiech. Toteż główni bohaterowie wpadają na pomysł zabrania jej na wycieczkę do Arkadii, pójścia na lody czy zrobienia zakupów w modnym sklepie odzieżowym. Wprawdzie cel nie zostaje osiągnięty, jednak kiedy Rejczel opowiada innym zombie o swoich doświadczeniach na powierzchni, mieszkanie pary głównych bohaterów (w którego piwnicy znajduje się przejście do podziemnego cmentarza – rzecz dzieje się bowiem na Muranowie) naraz zapełnia się gromadą zombie dzieci i nastolatków, które również chcą przebrać się w nowoczesne ubrania, posłuchać współczesnej muzyki, dowiedzieć się, co to jest iPod, i jak obsługuje się nowoczesną elektronikę. Z czasem do młodzieży dołączają i dorośli, wszyscy garną się do Arkadii i chcą zakosztować współczesnego, konsumpcyjnego świata.

 

Kwestia dialogu polsko-żydowskiego zostaje sprowadzona do poziomu popkultury (skonsternowanym klientom Arkadii powtarza się, że osobliwi przybysze są przebranymi uczestnikami Zombie Walk) i ostatecznie zostaje rozcieńczona w kulturze konsumpcyjnej. Pojawiający się na powierzchni Żydzi nie domagają się upamiętnienia Holocaustu, wyraźnego zaznaczenia swojej obecności w polskim społeczeństwie. To Arkadia – a nie Muzeum Historii Żydów Polskich – okazuje się być tym, czego naprawdę potrzebują.

 

 

Zły bohater – neofaszyzm

 

To zdecydowanie mój ulubiony wątek tej powieści. Kwintesencjonalnie złym charakterem jest tutaj sam diabeł żywcem wyjęty z tradycji ludowej – ma kopyta, rogi, roztacza wokół zapach siarki. Tworzy on „armię”, która ma rozprawić się z wychodzącymi na ulice Żydami, a jej szeregi zapełniają współcześni neofaszyści. Przedstawieni są w karykaturalnej postaci jako przerośnięte półgłówki, które zwyczajnie lubią się napierdalać dla samej zasady, posługując się przy tym neonacjonalistyczną retoryką w wersji agresywnej i wulgarnej. Moja ulubiona scena to ta, w której grupka kilku neofaszystów siedzi w Lasku Bielańskim w poczuciu wyraźnego braku sensu i celu, pijąc piwo i zastanawiając się nad tym, co by tu rozwalić, aby umniejszyć swój dyskomfort. Nagle wyrasta przed nimi – przybyły prosto z piekła – niemiecki oficer w mundurze SS, którego wypowiedź doskonale ilustruje kompleksy, jakie – w moim odczuciu – targają współczesnymi neonazistami, atakującymi squaty i palącymi instalacje artystyczne na warszawskim pl. Zbawiciela:

– I czo? Polszkie male gówno, chcecze bycz nazisten?

– Jawohl Oberkommandant! – wykrzyczeli zachwyceni chłopcy, wyciągając z entuzjazmem ręce w ulubionym pozdrowieniu szubrawców.

Ostatecznie, w finałowej scenie „batalii o Arkadię”, kiedy stłoczeni w centrum handlowym zombie otoczeni zostają przez wroga i walczą o przetrwanie, armia szatana rozrasta się do naprawdę dużych rozmiarów, do Warszawy zjeżdżają się bojówki z całej Polski. Z jednej strony Ostachowicz traktuje neonazistów protekcjonalnie i prześmiewczo jako masę bezmózgich typów - zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z poszczególnymi osobnikami (jak choćby w przerażająco-groteskowj scenie, w której jeden z osiłków zaraz ma wyważyć drzwi łazienki, w której ukrywa się jedna z bohaterek, i ją zgwałcić, jednak zanim to się staje, masturbuje się w tak zapamiętały sposób, że ostatecznie spuszcza się na wciąż zamknięte drzwi, zaś na obelgi i wrzaski diabła rezolutnie odpowiada, że "chwilowo już mu się nie chce"). Jednak z drugiej strony nie możemy zapominać, że w dużej grupie są naprawdę agresywni i naprawdę mogą zagrażać otoczeniu.

 

 

Wszyscy jesteśmy glazurnikami z wyższym wykształceniem

 

Ostatnim wątkiem, na który chciałabym zwrócić uwagę, to postać głównego bohatera – anonimowego trzydziestolatka, który co prawda ma tytuł magistra („jakiego? czy to ważne?”), ale na co dzień zajmuje się układaniem płytek. Mieszka ze swoją anorektyczną, uzależnioną od Internetu dziewczyną – Chudą – i prowadzi przeciętne i pozbawione wyższych lotów życie. Pod wpływem swoich doświadczeń z zombie-Żydami zachodzi w nim przemiana, odkrywa w sobie odwagę i bohaterskość, pewne rzeczy zaczynają go w końcu obchodzić i ostatecznie to on staje na czele obrony Arkadii. W pewnym momencie wypowiada fantastyczną kwestię, nie tylko dla zagadnienia dialogu polsko-żydowskiego, ale i dla sprawy tożsamości narodowej:

Cała ta przeklęta szerokość geograficzna na każdej wysokości i głębokości jest gruntownie przesiąknięta bólem i strachem, o który ja się ledwie otarłem. Wszystkie te jęki i krzyki, łzy i krew, jedni odeszli, inni się błąkają, tu każdy atom jest zbrukany złem. Jeśli świat jest pełen rudy zła, to tu u nas została wytopiona w piecu. Wielka produkcja najczystszego zła w piecach, w których ludzie palą ludźmi. Zło to pierwiastek promieniotwórczy, wszystko jest tu napromieniowane, wszystko jest zło aktywne. Mogę sobie to obłożyć nawet podwójną warstwą kafelków, na spód nasze z Opoczna, a na wierzch terakota importowana ze spokojnych, społecznych miejsc, gdzie żyje się od wakacji do wakacji, mogę nimi wybrukować całą Warszawę i całą Polskę i możemy się po nich wesoło ślizgać w samych skarpetach z wełny górali, co to wszystko zapomnieli oprócz sabałowego pierdolenia, ale i tak nie będziemy beztroscy jak najarani Holendrzy, wywijający piruety na zamarzniętych kanałach. Żeby to był chociaż zwykły cmentarz. No dobra, dochodzę do siebie, jestem przekonany o wyjątkowości swojej polskiej doli; fatum, nieszczęście i rozczulanie się nad sobą, jednym słowem, łapię równowagę.

Mamy dość tej martyrologii i nieustannego nakierowania na pamięć, zadumę, refleksję, a jednocześnie nie możemy się od tego uwolnić i taki jest już nasz los. Ostachowicz, jak mi się zdaje, próbuje nieco złagodzić owo tragiczne błędne koło, wybierając właśnie ramy konsumpcyjno-popkulturowe, groteskę i absurdalny, gorzkawy humor. W istocie jednak nie daje nam on żadnej odpowiedzi, nie proponuje rozwiązań na poziomie społecznym czy politycznym. Gdyby tak rozbudować kilka wątków i bardziej nad nimi popracować, myślę, że wówczas otrzymalibyśmy książkę naprawdę ciekawą i wysokich lotów.

 

Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich to przekona. Jednak ci, którzy lubią groteskę, abstrakcyjny humor i rozwiązania rodem z kiepskich horrorów, mogą być zainteresowani. No i oczywiście, pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów zombie!

 

19th century literature discussion room

Wszystkich miłośników literatury w XIX wieku zapraszam do dołączenia do grupy. Chciałabym, aby było to miejsce do dyskusji nad wszystkimi nurtami oraz gatunkami, które pojawiły się w owym stuleciu najlepszym z możliwych:)

 

***

 

All 19th cent. literature lovers are welcomed to join the group. I'd like it to be a good place to discuss all trends and genres, which occurred during that the-best-of-all-times century:)

Kiedy w Polsce self-publishing zdominuje rynek wydawniczy?

Ostatnimi czasy biblioteka stała się na powrót moim drugim domem i tonę pod stertą książek - jakkolwiek wątpię, czy poza maniakami historycznymi ktokolwiek zainteresowałby się ich treścią:)

 

Natknąwszy się jednak na informację o wydanej z okazji Halloween antologii opowiadań, powstałej na zasadach self-publishingu postanowiłam podzielić się linkiem do darmowej publikacji i rzucić w eter pytanie - czy spotkaliście się już z tą instytucją i co o niej uważacie? Czy istotnie może ona stać się przyszłością naszej literatury? I dlaczego w Polsce wciąż jest tak mało popularna?

 

***

 

I've been off for a while recently as I'm drowning in books and work and not leaving my university library, yet I came across with very interesting news which I decided to share with you. It's in Polish actually, but it provides some information about free-of-charge publication of Halloween short stories anthology, that is brought out according to "self-publishing" idea. Are you familiar with this phenomenon? In Poland it still doesn't get enough recognition and is not taken into account in a serious way. What do you think about it?

Demony Edgara

w rocznicę śmierci E.A.P.

 

Dobra historia od Dobrych Historii

Wydawnictwo Dobre Historie wlało mi promyczek szczęścia w duszę po ogłoszeniu, że ma zamiar ruszyć z nową serią wydawniczą klasycznych horrorów. A ze względu na moją miłość do wszelkiej klasyki, jedyne co mogę powiedzieć, to guys, już nie mogę się doczekać!

 

Na pierwszy, nomen omen, ogień idzie "Płoń, wiedźmo, płoń" Abrahama Merritta (1884-1943). Już we wrześniu!

 

 

 

 

Zwierzę zwyrodniałe.

One note: as there are more and more English-speaking mad-book-lovers out there – which makes me extremely happy – please poke me if there is a need to provide English translation. Best!

 

* * *

 

Czy mi się to podoba czy nie, moja sterta wakacyjnych lektur przedstawia się niezwykle imponująco i zachęcająco:

 

 

 

 

Co oznacza, że książki, które chcę przeczytać, wciąż muszą cierpliwie czekać na swoją kolej. Cóż, może wrzesień okaże się łaskawszym miesiącem.

 

Ale, ad rem.

 

Zastanawialiście się kiedyś, skąd wzięło się to charakterystyczne utyskiwanie starszych na „stare, dobre czasy”, a w szerszym kontekście – obejmujące całe społeczeństwa przekonanie, że oto stoimy w obliczu postępującej dekadencji, świat schodzi na psy, a obecna cywilizacja przeżywa śmiertelny kryzys? Profesor Jerzy Jedlicki też się nad tym zastanawia; dlatego też napisał Świat zwyrodniały. Co istotne, nie zastanawia się on nad tym, od kiedy nasza cywilizacja jest chora, ale od kiedy pojawiła się idea, że nasza cywilizacja jest chora.

 

 

Dochodzi do wniosku, że w Zachodniej Europie myśli o złym kierunku rozwoju świata są rewersem myśli o postępie – obydwie te idee to córy XVIII wieku. A później? Rousseau (krytyka cywilizacji i apoteoza natury), rewolucja francuska (zburzenie dotychczasowego porządku i próby stworzenia nowego), Joseph de Maistre (rewolucja francuska jako dzieło szatana), romantyzm (istny bigos często wykluczających się prądów), rewolucja przemysłowa, apoteoza postępu i krytyka postępu, Nietzsche i Schopenhauer, modernizm, fin de siècle... i wreszcie XX wiek, który jest spadkobiercą tego wszystkiego.

 

Uwielbiam badania nad XIX wiekiem, ponieważ mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że wiele problemów ludzi XX i XXI wieku swój początek bierze właśnie tam.

 

Jedlicki analizuje wybrane (jak sam pisze we wstępie, litanię dzieł poświęconych zmierzchowi cywilizacji można by ciągnąć w nieskończoność) problemy. Na przykładzie polskiego romantyzmu przedstawia, skąd wziął się czarny stereotyp Zachodu jako cywilizacji uniformizującej, która z tego powodu w istotny sposób zagraża społeczeństwom takie jak polskie. Bada, na czym polega problem miasta jako ostoi postępu, industrializacji, a przez to śmiertelnych dla partykularnego rozwoju czynników. Dużo miejsca poświęca „degeneracji po angielsku” – stamtąd bowiem wypływa najwięcej źródeł ścierających się prądów XIX wieku. To tam najwcześniej zaczyna się rewolucja przemysłowa i tam pojawia się wielu prominentnych krytyków. Stamtąd pochodził Charles Darwin, który w 1859 roku dołożył własną stertę cegieł do budowy dyskusji o postępie, rozwoju, dążenia do doskonałości. Jedlicki kończy rozciągnięciem przed czytelnikiem wachlarza nastrojów epoki fin de siècle i przełomu wieków.

 

Napisana świetnym, nieco uszczypliwym acz nieprzeintelektualizowanym językiem książka pozwala skonfrontować się z umysłem autora ciętym jak brzytwa. Doskonale układa tak wiele splatających się ze sobą, trudnych do pogodzenia czynników. Jednocześnie, książka nie jest wyczerpująca i przez to wyzwala – przy najmniej we mnie – chęć głębszego poznania wielu aspektów tego złożonego zjawiska, które stanowi fundament naszej obecnej tożsamości.

 

Jedna z bardziej fascynujących rzeczy, choć zaledwie wzmiankowana, szczególnie poruszyła moją wyobraźnię:

 

 

Pałac Kryształowy w Londynie, największa szklarnia świata, zbudowana na potrzeby pierwszej w dziejach gigantycznej wystawy handlowo-przemysłowej, która odbyła się w 1851 roku.

 

 

 

 

 

 

 

Jedlicki pisze, że The Great Exhibition of the Works of Industry of All Nations "miała przede wszystkim cel moralny: miała być świątynią twórczej pracy, chrześcijaństwa i wiecznego pokoju; w tym duchu pisała o niej cała brytyjska prasa, w tym stylu przemawiał otwierając ją książę Albert. Charles Kingsley, powieściopisarz i publicysta, jeden z inicjatorów wystawy, mówił w swym odczycie-kazaniu: Gdyby pradziadowie nasi wstać dzisiaj mogli ze swych grobów, to w naszych szpitalach i kolejach żelaznych, w osiągnięciach naszej nauki fizycznej ujrzeliby potwierdzenie tego starego ich przesądu, nadejście Królestwa Bożego, urzeczywistnienie tych darów, które Chrystus otrzymał dla ludzi, bardziej szczodre niż ktokolwiek z nich mógł marzyć".

 

Czyż nie jest to esencja XIX wieku?

Reblogged from Kimberley's Book Nook

Niech Bóg ma w swej opiece zasadę egzemplarza obowiązkowego dla Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, amen.

Even love is sold

Queen Mab (Classic Reprint) - Percy Bysshe Shelley

Queen Mab: a Philosophical Poem with Notes została wydana w 1813 roku przez mającego wówczas 21 lat Percy’ego Bysshe Shelleya (tak, to mąż Mary Shelley), angielskiego poetę i myśliciela. Utwór składa się z dziewięciu pieśni oraz rozproszonych po całym tekście siedemnastu „Uwag” w formie przypisów, w sporej mierze stanowiących samodzielne traktaty i eseje.

 

I jest to jeden z lepszych utworów z dziedziny historii myśli i filozofii, jakie ostatnio miałam okazję czytać.

 

 

 

 

 

 Shelley w 1819 roku, na trzy lata przed (samobójczą?) śmiercią.

 

 

Należy uświadomić sobie kontekst dzieła: jesteśmy w Anglii, w drugiej dekadzie XIX wieku. Kurz Rewolucji Francuskiej jeszcze do końca nie opadł, a już na pewno nie zanikł strach przed radykalnymi wystąpieniami oszalałych mas, zwłaszcza gwałtownie powiększającej się klasy robotniczej. Dopiero co (dokładniej, od 1811 roku) w Anglii pojawił się anarchistyczny ruch luddystów – rzemieślników i tkaczy, którzy kontestowali wprowadzenie maszyn tkackich (w Anglii właśnie zaczyna się rewolucja przemysłowa), zwyczajnie je niszcząc. Rząd angielski powołał nawet specjalną instytucję, Society for the Superstition and Vice, która informowała władzę o wszelkich publikacjach, pamfletach i broszurach, które mogły rozpalić robotników. Poprzez specjalne prawa dotyczące zniesławienia (libel laws) rząd był w stanie karać wywrotowych pisarzy i księgarzy więzieniem lub zmuszać ich do wypłacania kaucji w czasie oczekiwania na proces.

 

W 1811 roku Shelley został wydalony z uniwersytetu w Oxfordzie za opublikowanie The Necessity of Atheism, prawdopodobnie pierwszego otwartego wyznania ateizmu, wydanego drukiem w Anglii.

 

Strona tytułowa wydania z 1811 roku

 

W takiej atmosferze Percy Shelley postanowił opublikować dzieło, które stanowi kompleksową wizję życia opartego o ateizm, pacyfizm, republikanizm, wolną miłość i wegetarianizm. Życia, które może być dobre i naturalne oraz może zapewniać ludziom i społeczeństwom szczęście i harmonię. Taki '68 w XIX wieku.

 

Shelley łączy w sobie racjonalizm XVIII wieku z pasją i romantyzmem XIX wieku. Dowodzi, że wiara w Bóstwo nie może być domeną ludzi oświeconych, gardzi władcami i królami, nazywając ich mordercami i ciemiężycielami mas, opisuje wojny jako najgłupszy wymysł ludzkości, który zaspokaja tylko i wyłącznie pychę rządzących, ostro krytykuje konsumpcjonizm i bogaczy wyzyskujących biednych, małżeństwo jest dla niego tyrańskimi kajdanami, krępującymi Miłość, zaś prostytucja to nic innego, jak efekt represji społeczeństwa względem kobiet. Wegetarianizm, a nie mięsożerstwo, stanowi naturalną dietę człowieka i, ponieważ ruguje z naszego życia ogromny ładunek agresji i okrucieństwa, związany z zabijaniem zwierząt, może oraz powinien stanowić pierwszy krok w kierunku radykalnych, społecznych reform, które doprowadzą do zapanowania harmonii i równości ludzi.

 

 

Strona tytułowa pierwszego wydania z 1813 roku

 

 

I to wszystko na samym początku XIX wieku, na długo przed pojawieniem się ukonstytuowanych socjalistów, ruchów wegetariańskich romantyzmu, emancypantek i walczących o równość ruchów robotniczych.

 

Piszę na ten temat pracę roczną i co rusz muszę powstrzymywać się od wychwalania pod niebiosa nowoczesności tych poglądów, tego jak idealnie oddają one to, co weszło do powszechnego dyskursu dopiero kilkadziesiąt i stokilkadziesiąt lat później. Doskonały materiał do badań dla historyka myśli.

 

Kto się interesuje, niech czyta koniecznie, na razie dostępne tylko po angielsku.

W razie pojawienia się wampira zbić szybkę.

Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności - Petoia Erberto

Książka szczególnie przypadnie do gustu wszelkiej maści historykom, antropologom, kulturoznawcom i literaturoznawcom. Co do reszty – trudno określić, ponieważ „Wampiry i wilkołaki” nie jest monografią. Jest to zbiór tekstów źródłowych – legend i mitów, traktatów, opowieści, dokumentów, fragmentów tekstów literackich – z których każdy poprzedzony jest krótkim acz wystarczającym wprowadzeniem. Wstęp do całości, autorstwa Alfonso M. di Noli, włoskiego antropologa i historyka religii, nakreśla problematykę i sygnalizuje kilka zagadnień. Dzięki temu książka staje się nieocenionym punktem wyjścia do dalszych poszukiwań dla osób, które chcą lub potrzebują wzbogacić swoje badania poświęcone wilkołactwu i wampiryzmowi jako fenomenom kulturowym o historyczną podstawę źródłową.

 

Syntetyczne ujęcie tematu od czasów starożytnych do współczesności pozwala uświadomić sobie, w jaki sposób kolejne elementy układanki były ze sobą łączone, dając w efekcie to, co dziś składa się na nasze wyobrażenia wampira oraz wilkołaka. Oto bowiem czytamy o demonie, który w małej wiosce na południu Francji zabija rozszarpując ludzi i zwierzęta, je surowe mięso i pije krew, zaś parę stron i kilkadziesiąt lat później mamy do czynienia z opowieścią, w której wyzwolenie się od potwora jest możliwe dzięki odcięciu trupowi głowy, spaleniu jej i wrzuceniu prochów do rzeki.

 

 

Fragment opisu procesu wytoczonego przeciwko Gillesowi Garnier z Lyonu w 1574 z "De Magnorum Demonomania, seu detestando Lamiarum ac Magnum cum Satana commercio" Jeana Bodina.

 

 

Szczególnie ważne jest zachowanie proporcji tekstów, a jedną z ciekawszych tez badacza jest twierdzenie, że w wielu aspektach fenomen wampira i fenomen wilkołaka są do siebie podobne.

 

W poszukiwaniu informacji o książce natknęłam się na kilka głosów twierdzących, że jest to pozycja niezwykle pomocna przy pisaniu wszelkiego rodzaju prac i prowadzeniu badań. Trudno mi to ocenić, jeszcze nie miałam okazji, by to sprawdzić.

 

Strona tytułowa włoskiego tłumaczenia raportu uczonego Gerharda van Swietena (1700-1772), wykazującego bezzasadność wierzeń w wampiry i współuczestnictwa Kościoła, pozwalającego na celebrowanie procesów o czary czy likantropię.

 

 

Książka ma jednakowoż sporo minusów, które dostrzegłam być może ze względu na moje historyczne skrzywienie i które przez wielu z pewnością byłyby nie zauważone. Mnie jednak kilka rzeczy razi.

 

Po pierwsze, sposób podania przypisów budzi moje najwyższe wątpliwości co do jakości tłumaczeń. Przeglądając je nie jesteśmy w stanie stwierdzić, z jakiego wydania Żab Arystofanesa korzystała polska redakcja, które z tekstów zostały przetłumaczone przez zespół tłumaczy (czyżby będąc w ten sposób przekładem z drugiej ręki z włoskiego?), a które pochodzą z dostępnych polskich wydań. W czasie lektury parę razy wyczułam zgrzyt, który sprawił, że nie zawierzyłabym tłumaczeniom w pełni. Mój sceptycyzm osiągnął kulminację, kiedy zobaczyłam fragment Eddy, średniowiecznej islandzkiej sagi, nietłumaczonej na polski, opatrzonej przypisem „Wolny przekład z Edda Snorra Sturlusonar, Finnur Jónsson, Copenhagen 1990”. Z czym w takim razie mamy tu do czynienia? Przekładem z drugiej ręki? Czyj "wolny przekład" mamy przed sobą, autora książki czy polskiego tłumacza? Ktoś może powiedzieć, że przecież to nie są teksty, które muszą być poddawane wnikliwej analizie lingwistycznej. Poświęciłam jednak temu tyle miejsca, ponieważ uważam, że dobre tłumaczenie jest absolutną podstawą. Zwłaszcza książki, która ma nam posłużyć ze względu na swój naukowy charakter.

 

Z tego powodu, książka, zbierając tak wiele różnych tekstów w jednym miejscu, może i jest pomocna, ale zmusza nas do wykonania dalszego researchu w poszukiwaniu bądź oryginalnych tekstów, bądź tłumaczeń, którym można zaufać.

 

Paryskie wydanie "Demonomanie des sorciers" Jeana Bodina (1580)

 

 

Wysoce zmartwił mnie również brak spisu ilustracji, a podpis pod reprodukcją ryciny „Nietoperz o antropomorficznym pyszczku – z osiemnastowiecznej historii naturalnej” nie ułatwia poszukiwań. Co jest tym dziwniejsze, że w innych miejscach umieszczenie „normalnego” podpisu pod reprodukcją nie było trudne – jak choćby w przypadku „demona o kształtach nietoperza z Sądu Ostatecznego Huberta i Jana van Eyck (ok. 1420)”.

 

To skłania mnie do poglądu, że to polska redakcja nie do końca postarała się o właściwe wydanie książki, którą można było opracować o wiele lepiej.

 

Obok Wampira. Biografii symbolicznej Marii Janion jest to jednakowoż jedna z niewielu pozycji po polsku, która tak szeroko i w naukowy sposób podejmuje temat. Przede wszystkim, dostarcza niezbędnej bazy źródłowej, tak więc w poszukiwaniu literatury do swoich prac, z pewnością prędzej czy później się nad nią natkniecie.

 

Popularne przedstawienie historii Peetera Stubbe, oskarżonego o likantropię, torturowanego, skazanego na śmierć i straconego w Bedburgu koło Kolonii w 1590 roku.

 

 

Erberto Petoia, Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności, wstępem opatrzył Alfonso M. di Nola, tłum. B. Bielańska, J. Kornecka, N. Korzycka, M. Małecka, A. Pers, wyd. Universitas, Kraków 2003.

 

Dalej, panie Somnambulmeister, zaczynamy święto opowieści

Wiele demonów - Jerzy Pilch

Lata 50. Małe luterańskie miasteczko gdzieś na Ziemi Cieszyńskiej. Trochę zapomniane przez Boga, na pewno nie zapomniane przez Szatana. Mieszkańcy zmagający się z codziennością – a to drwa trzeba narąbać, a to siano zebrać, pójść do kościoła kazania wysłuchać albo na targ po kaszę i garść nowin. Jest pastor z pastorową, jest lekarz, komendant, listonosz-miejscowy-jasnowidz, parę bab, grupa chłopaków.

 

A to wszystko lepkie od smrodliwej, piekielnej smoły, którą szatani zostawiają po sobie, przemierzając siglańską ziemię wzdłuż i wszerz.

 

 

 

 

 

 

 

Ta książka jest jak fotografia zrobiona życiu tylko na pewnym wycinku, który jednak nie został wybrany ze względu na jakieś szczególne cechy. Demony siedzące ludziom pod czaszką są bowiem własnością uniwersalną życia, nie trzeba do tego specjalnego świata przedstawionego. Fabuła nie jest linearna. W wywiadzie z Jerzym Pilchem dla Programu Pierwszego Polskiego Radia reporterka kładła nacisk na to, że książka jest kryminałem bez zakończenia. Jasne, wątek „kryminalny” jest – tajemnicze zaginięcie młodszej z córek Pastora, nigdy do końca nie wyjaśnione, które w oczywisty sposób poruszyło całe miasteczko. Nie uznałabym tego jednak za główny wątek, choć niewątpliwie ta sprawa snuje się w tle jak smuga papierosowego dymu. Każdy rozdział jest zamkniętą częścią, snop światła pada na kolejnych mieszkańców Sigły, oświetlając skrawek ich życia i ich osobiste rozdarcia, wytarcia, wyrwy i skaliste urwiska. Chronologia jest tutaj całkowicie zaburzona. I do niczego się nie przydaje.

 

*

 

Myślę, że książka jest o życiu. O życiu przesiąkniętym tragizmem, egzystencjalnym bólem, o życiu jako wiecznej męczarni, przesyconej typowo purytańsko-luterańską obecnością Boga i atawistyczno-luterańskim paraliżującym lękiem przed Szatanem. Pilch wkłada w głowy poszczególnych bohaterów kawalkadę szatanizmów, belzebubów, a nadto codzienna psychomachia wywołuje lęki, nienawiść, gorycz, żal podniesione do potęgi ze trzydzieści razy. Człowiek rodzi się w męczarniach, żyje w męczarniach i w męczarniach kona.

 

W tej książce wszystko jest bardziej. Pilch porywa potokiem słów, bogactwem języka, rozbuchaną i rozchełstaną opowieścią, wpadamy w wir podświadomości bohaterów, którzy na zewnątrz relatywnie opanowani, w środku rzężą, wiją się, raz gorączkują się do czerwoności by po milisekundzie wstąpiła na nich trupia bladość zroszona lodowatym potem.

 

- Poproszę w takim razie kawałeczek kiełbasy. - Bardzo dobrze... To rozumiem, zaraz ci zrobię z chlebusiem... - Nie chcę chleba... - I z masełkiem... - rozpędzona matka nie była w stanie wyhamować przy chlebusiu. - Jak to? Samą kiełbasę? Samą kiełbasę bez chleba będziesz żarł? – Z wolna podnosiła głos, młody definitywnie, pospiesznie i na wszystkich liniach kapitulował: - Dobrze, poproszę kromkę z kiełbasą. – Bez masła! Może mi powiesz – matka darła się wniebogłosy – że bez masła!

Potem jakby nagle przebita niewidzialnym i nie wiadomo przez kogo ciśniętym oszczepem cichła i wiotczała, i zbliżała się jakimiś rozpaczliwymi rzutami ledwo trzymających się na nogach ciała. – Wiesz, że bez masła się ślepnie? Chcesz być ślepy? Dlaczego mnie zabijasz? Dlaczego mordujesz mnie i ojca? Dlaczego nie chcesz jeść jak człowiek?

 

A chodziło tylko o ukrojenie kromki chleba na krajalnicy.

 

Emfatyczność cierpienia rozsadza, przenika każdą cząstkę powietrza, wypełnia każdy dzień.

 

*

 

Biesy Dostojewskiego czytałam już jakiś czas temu, więc wolę unikać porównań, ale tutaj, Sigła jest miejscem, w którym Szatan ma szczególne upodobanie. W jarmarczno-luterańskiej wrażliwości cuchnący gównem ogon i czarne od smoły kopyta obecne są absolutnie wszędzie, diabeł pali w piecu u pastorostwa na farze, wszetecznice babilońskie tańczą u Rotha na stole, diabli biorą starkę Zuzannę w sensie ścisłym, gdy ta znika na parę godzin nie wiadomo po co i dlaczego, a po odnalezieniu wygląda co najmniej tak, jakby chciała się zabić. Z jednej strony wzmaga to tragizm, z drugiej jest polem do popisu typowego dla Pilcha, wisielczego humoru

 

Niezwykle poruszające jest, gdy w trakcie czytania uświadamiamy sobie, że w umysłach tych bądź co bądź prostych, przejętych codziennością ludzi nieustannie tkwi myśl o samobójstwie. Staje się ono zwieńczeniem owego wielopiętrowego egzystencjalnego bólu; choć obecne ciągle, to nigdy nie powszednieje.

 

Jak na swoją objętość książka może nie jest kopalnią złotych myśli, ale całkiem pokaźnym źródełkiem z pewnością (Miłość jest wtedy, gdy jest ci przykro na myśl o jego smutku po twojej śmierci).

 

 

*

 

Wydaje mi się, że nie jest to książka, w której taplamy się na dnie egzystencji tak jak w przypadku Pod Mocnym Aniołem. Pozostaje jednak upiorną karuzelą, na której w dwójnasób odczuwamy fakt, jaką schizofreniczną utarczką potrafi być życie, jak bardzo męcząca potrafi być walka ze swoją podświadomością, swoimi demonami i ludźmi wokół – do tego stopnia, że w końcu ucinamy sznur na bieliznę i biegniemy do lasu powiesić się na najbliższym drzewie. Lektura wciąż dostarcza ciekawych doznań, a sam Pilch zachwyca swoją inteligencją i przenikliwością.

 

"- Jaka jest różnica pomiędzy powiedzeniem: jeszcze jestem a powiedzeniem: już mnie nie ma?
- W pierwszym jest rozpacz. W drugim marna pociecha."
Wiele demonów - Jerzy Pilch

Jerzy Pilch, Wiele demonów, wyd. Wielka Litera 2013